TL;DR
→ bycie mamą to 100% kobieca i wyłącznie kobieca archetypowa podróż bohaterki-mamy
→ odbycie tej podróży wymaga akceptacji własnych słabości i przekucie ich w siłę
→ na końcu tej podróży każda mama staje się lepszą, silniejszą i mądrzejszą wersją siebie.
Dzień dobry,
Witam wszystkich w kolejnym odcinku Streszczeń WOKiEm. Nazywam się Magda Lewandowska i dziś, zgodnie z zapowiedzią, streszczę książkę „Motherhood”, czyli Macierzyństwo autorstwa Lisy Marchiano.
Czytelnicy WOKiEm znają Lisę Marchiano z filmu dokumentalnego Pokolenie Afirmacji, jako współautorkę dwóch przewodników dla rodziców dzieci z zaburzeniami tożsamości płciowej, oraz autorkę kilku innych tłumaczonych na WOKiEm tekstów, ostatnio o psychozie indukowanej przez ChatGPT. Poza czytelnikami WOKiEm nie wydaje mi się, żeby Marchiano była w Polsce szczególnie znana, bo nie mogłam znaleźć tłumaczeń żadnych z 3 napisanych przez nią książek.
Może zaznaczę jeszcze, że Lisa Marchiano nie jest autorką książek typowo streszczanych w tym podkaście. Jak zapewne zdołaliście już zauważyć, w Streszczeniach WOKiEm streszczam literaturę faktu względnie książki dotyczące nauk społecznych, jak socjologii czy politologii, podczas gdy Marchiano – jako psychoanalityk – zajmuje się wybitnie nie faktograficznymi tematami, takimi jak sny czy bajki. Niemniej, jej książka o macierzyństwie jest jedną z najważniejszych jakie przeczytałam w tym temacie, przede wszystkim dlatego, że przedstawia bycie mamą jako archetypową drogę bohatera, czy też bohaterki, prowadzącą nas, kobiety, do odkrycia naszej siły, mądrości oraz do głębokiego i trwałego rozwoju i wzrostu osobistego, na poziomie tak emocjonalnym jak i duchowym.
Książka Motherhood została wydana w 2021 roku i przeczytałam ją na krótko po wydaniu, ale potem jakoś o niej zapomniałam, dopóki w zeszłym roku nie zmusiłam się do czytania feministycznych bredni i gdzieś tam pomiędzy patriarchalną przemocą życia rodzinnego i bajdurzeniem o braku różnic psychologicznych pomiędzy płciami, przypomniałam sobie o tej książce i stwierdziłam, że najwyższy czas ją streścić.
Więc, jeśli macierzyństwo jako podróż bohaterki wydaje wam się interesującym podejściem do bycia mamą, to zapraszam na streszczenie bajkowej i całkowicie niefaktograficznej książki „Motherhood” autorstwa Lisy Marchiano.
Jak już wspomniałam, Lisa Marchiano jest psychoanalitykiem i aktywnie pracuje w zawodzie. Książka Motherhood jest więc, można powiedzieć, zbiorem opisu przypadków kobiet, które zwróciły się do niej o pomoc w różnych trudnych sytuacjach życiowych. A ponieważ Marchiano jest psychoanalitykiem, nie opisuje przypadków wyłącznie poprzez opisywanie objawów, ale również poprzez opisywanie snów, którymi jej pacjentki się z nią dzieliły. Poza tym autorka przedstawia typ problemów oraz sposób patrzenia na te problemy poprzez pryzmat bajek, i to te właśnie bajki tworzą narrację wokół archetypowej podróży kobiet-bohaterek.
Jeśli znacie książki Clarissy Pinkoli Estés czy Katarzyny Miller, to książka Marchiano może wam się z tymi autorkami skojarzyć, ale w przeciwieństwie do, powiedzmy, „Biegnacej z wilkami” czy „Bajek rozebranych”, książka „Motherhood” ma zero feministycznego zacięcia, nie mówi w zasadzie nic o mężczyznach, o ciemiężeniu kobiet, czy o tym jak to straszliwie ciężko jest kobietom w społeczeństwie. Wręcz przeciwnie – cała książka kładzie nacisk na podejmowanie przez kobiety odpowiedzialności za swoje czyny, na rozwiązywanie własnych problemów emocjonalnych, na budowanie prawdziwej sprawczości oraz pozbywanie się mentalności ofiar. Co jest jednym z powodów, dla których zdecydowałam się streścić tę książkę, pomimo jej nie-faktograficznej natury.
Innym powodem dzisiejszego streszczenia jest to, że bokiem mi wychodzą współczesne, oczerniające narracje wokół macierzyństwa i uważam, że najwyższy czas, aby kobiety usłyszały jaką nieprawdopodobną podróżą jest macierzyństwo.
Książka Motherhood podzielona jest na 3 części, przedstawiające 3 etapy archetypowej podróży bohaterki. Ponieważ autorka jest psychoanalitykiem, często, aczkolwiek nienachalnie, odwołuje się do koncepcji jungowskich, szczęśliwie trzymając się z daleka od Freuda i jego edypowych tudzież rozmaitych innych kompleksów.
Co do archetypowej podróży pod ziemię, wprowadzona jest ona poprzez bajkę, w której bohaterka, pchnięta przez macochę, wpada do studni i w ten sposób znajduje się w podziemnym królestwie starej czarownicy. To, co autorka zaznacza – i co mi się bardzo podoba – to że w wielu współczesnych interpretacjach bajek, różne bajkowe postaci postrzegane są jako jakieś tam przyjazne lub wrogie elementy społeczeństwa. Ale, wg Marchiano, nie jest to jedyna możliwa a może nawet nie jest to właściwa interpretacja, gdyż w świecie archetypów nie zmagamy się ze społeczeństwem, ale z samym sobą. Stąd, Marchiano interpretuje – zarówno bajki jak i sny – jako pełne postaci, reprezentujących różne elementy naszej osobowości czy naszego wewnętrznego, psychologicznego świata, z którymi musimy nauczyć się współpracować i które musimy zrozumieć, aby stać się w pełni zintegrowaną, samodzielną i odpowiedzialną za siebie osobą.
A stajemy się taką osobą poprzez macierzyństwo, które, jak przedstawia je autorka, jest podróżą na dno studni, do podziemi, gdzie czeka na nas archetyp najlepszej dostępniej nam przyszłości: stara, mądra czarownica, posiadająca pełną władzę nad swoim królestwem. A jeśli się z tą starą wiedźmą dogadamy, to nie dość, że się od niej czegoś nauczymy, to jeszcze dostaniemy od niej dary, dzięki którym nasze życie stanie się nieporównywalnie bardziej bogate i pełne błogosławieństw.
W bajce o dwóch skrzynkach, tym darem była skrzynka, wypełniona po brzegi złotem i drogocennymi klejnotami. Ta dziewczyna, którą macocha wrzuciła do studni, zdobyła tę skrzynkę, bo słuchała porad magicznych istot, które napotkała w podziemnym świecie. A jak ta dziewczyna wróciła z podziemi do macochy i macocha zobaczyła tę skrzynkę, to się oburzyła, że jej pasierbica ma bogactwa, a jej własna córka ich nie ma. Więc ta macocha wrzuciła własną córkę do studni. Ale, ponieważ jej własna córka była w sobie zadufana i nie słuchała nikogo, to zamiast ze skrzynką pełną bogactw, wróciła spod ziemi ze skrzynką, której zawartość spaliła na popiół zarówno ją, jak i jej matkę.
Jaki z tego morał wg Marchiano? Zwykła interpretacja tłumaczyłaby tę bajkę jako patriarchalne pranie mózgu, żeby zrobić z kobiet pokorne i ulegle służące, ale Marchiano widzi to inaczej. Jeśli wszystkie elementy bajki to elementy psychologii jednej osoby, to morał z bajki o dwóch skrzynkach jest taki, że kobieta, zwłaszcza w trudnej sytuacji, na dnie studni, w królestwie starej czarownicy, powinna zaufać swoim instynktom i nie walczyć sama z sobą, ale traktować samą siebie z szacunkiem, rozwagą i troską. A cała reszta książki to podawanie przykładów trudnych sytuacji w jakich mogą znaleźć się kobiety i sposobów w jakie my, kobiety i matki, możemy nauczyć się traktować siebie same z szacunkiem, rozwagą i zrozumieniem, aby wyjść z podziemi z rękami pełnymi bogactw i błogosławieństw.
Stanie się matką Marchiano porównuje z zostaniem wrzuconą do studni, z czym, nie ukrywam, całkowicie się zgadzam i zakładam, że słuchaczki-mamy zgadzają się z tym również. Ciąża łatwa nie jest, poród tym bardziej, a kiedy zostajesz sam na sam z noworodkiem, to masz wrażenie – a przynajmniej ja takie wrażenie miałam – że odebrano mi wszystko, kim byłam. Odebrano mi wolność, kontrolę nad moim życiem, odebrano mi siebie. Marchiano rozumie ten punkt widzenia, ale zwraca uwagę, że taki sposób patrzenia na macierzyństwo ma sens wyłącznie, jeśli celem jest pozostanie w stanie, nazwijmy to, potencjalnym. Jeśli celem jest wieczna wolność wyboru, wieczne nieskończone możliwości i otwarte horyzonty. Ale tak się nie da żyć. Jeśli chcemy przez całe życie mieć nieskończone możliwości i wybory, to przez całe życie pozostajemy dziećmi, bez określonej identyfikacji, zainteresowań, potrzeb oraz bez ukochanych, których cenimy ponad wszystko. Jeśli chcemy dorosnąć, zbudować własne, pełne, realne i bogate życie, to musimy dokonać wyboru i konsekwentnie się tego wyboru trzymać. A żeby dokonać wyboru, musimy odrzucić coś – np. naszą wolność i nieskończone możliwości.
Autorka ilustruje to dwoma bajkami. Jedna z nich jest szkocką bajką o selkie, mitycznej pół-kobiecie, pół-foce. Taka selkie ma postać foki, ale czasem może zrzucić skórę foki i zamienić się w kobietę. A jeśli tej skóry foki nie odzyska, to pozostaje w ciele kobiety. Podobno te selkie przedstawione są w filmie Ondine, w którym grała Alicja Bachleda-Curuś, ale filmu nie oglądałam, bo raz, nie cierpię romansów, a dwa, słyszałam, że to gniot.
Tak czy siak, Marchiano tłumaczy, że ta wieczna wolność, nieskończone możliwości i brak indywidualizacji symbolizowana jest przez tę skórę foki. W bajce o selkie, rybak kradnie skórę foki i bierze za żonę tę selkie, która pozostaje w postaci kobiety. Selkie rodzi mu dzieci, ale ucieka z powrotem do morza, jak tylko odnajduje swoją skórę. A ucieka, bo, pomimo tego, że twierdzi iż kocha swojego męża i dzieci, tak naprawdę nie jest zdolna do dokonania wyboru i poświęcenia wolności dla dzieci. I właśnie w ten sposób nigdy nie staje się prawdziwie sobą. Porzuca męża i dzieci i jako foka wraca do morza, żeby się tam pluskać w nieskończoność, tyle, że z tego pluskania nigdy nic nie wynika.
Jako kontrast do bajki o selkie przedstawiona jest bajka o dziewczynie-łabędziu. Ta dziewczyna to trochę tak jak selkie – jest łabędziem, ale może zdjąć pióra łabędzia i stać się kobietą. Podobnie jak z selkie, i z tą dziewczyną-łabędziem, pióra łabędzia zostają skradzione, tyle, że nie przez rybaka, ale przez księcia. Ta dziewczyna zostaje żoną księcia, rodzi mu dzieci, ale potem jej własna córka odnajduje pióra łabędzia i ta dziewczyna-łabędź – teraz już matka – nie ma innego wyjścia, tylko zmienia się w łabędzia i odlatuje. Ale przed odlotem mówi swojej córce, którą bardzo kocha, żeby powiedziała księciu, czyli ojcowi swojej córki, gdzie ją może odnaleźć. Książę wyrusza w podróż i w końcu udaje mu się odnaleźć zamek króla łabędzi. Tylko że, jak się okazuje, jego żona ma chyba z 6 sióstr i wszystkie są łabędziami, no i książę musi rozpoznać swoją żonę. A rozpoznaje ją po odciskach po igle, którą to igłą żona szyła ubrania dla swoich dzieci.
W tej bajce, jak zwraca uwagę Marchiano, jest również element zdziczenia, nieograniczonej wolności i możliwości: bycia łabędziem, bycia żoną, bycia czymkolwiek kobieta chce. Ale ta półdzika kobieta-łabędź dokonuje wyboru. Angażuje się w życie swojej rodziny, do tego stopnia, że zostawia to ślad na jej ciele – odciski po igle. Kiedy jej dzika część domaga się wolności, ta mama pamięta, żeby zostawić ślad, żeby pozostawić drogę, którą może powrócić do tego, co jest dla niej ważne. I to właśnie jej zaangażowanie, jej poświęcenie, to że świadomie zrezygnowała z nieograniczonej wolności, zmienia ją na tyle, że ona sama – bo, pamiętamy, w interpretacji Marchiano wszystkie elementy bajki są częścią psychologii jednej osoby – więc jej wybór zmienia ją na tyle, że ona sama może się odnaleźć w tym zdziczeniu i wrócić do domu, do tych, których kocha.
Ten motyw ważnych wyborów, które nas zmieniają na lepsze, przewija się przez całą książkę i, między innymi dlatego, tak bardzo mi się ta książka podoba. Jest to tak odmienne od tych wszystkich główno-nurtowych, feministycznych bredni, że kobieta może mieć wszystko i że jest wszystkiego warta. Marchiano mówi tym bredniom stanowcze „nie”. Tłumaczy, że można mieć tylko to, o co się walczy i to, o co się zabiega, dokonując wyborów, zamykając pewne drogi oraz poświęcając starą wersję siebie, można powiedzieć, zrzucając starą skórę, po to, żeby zyskać to, co umożliwia nam, kobietom i mamom, stanie się w pełni sobą.
Ale, żeby stać się w pełni sobą, najpierw trzeba wydostać się z dna studni. A jedynym sposobem, aby tego dokonać jest zintegrowanie mądrości staruchy – czarownicy. Ale żeby tę mądrość zintegrować, trzeba ją najpierw znaleźć. Ponieważ Marchano jest psychoanalitykiem, wprowadza w książce jungowskie pojęcia cienia, czyli tego, co odrzucamy – tak na poziomie indywidualnym jak i społecznym. Cień to niechciane, nieakceptowane, uważane za negatywne cechy lub aspekty nas. W przypadku matki, takim cieniem jest agresja, złość, egoizm, bezsilność czy rezygnacja. Jak zapewne wszyscy wiemy, współczesna kultura wmawia nam, że matka musi być nieskończenie dobra, wyrozumiała, kochająca i cierpliwa, bo inaczej to zła matka i dziecko dostaje traumę na całe życie. Mówiłam trochę o tych bzdurach z pogadance Dum Spiro Vox Ero o rodzicach, więc nie będę się tutaj na ten temat rozgadywać, tylko zalinkuję do pogadanki. A tu skupię się na psychoanalitycznym podejściu Marchiano do cienia.
Więc, jak twierdzi Marchiano, każdy z nas ma traumę po rodzicach i jest to warunek sine qua non bycia człowiekiem. Nie ma takiej możliwości, żeby rodzice nas nie zawiedli, nie skrzywdzili w jakiś sposób i żeby nie było nam z tego powodu przykro. Oczywiście, Marchiano nie mówi tu o celowym, sadystycznym męczeniu dzieci, ale normalnym procesie wychowania dziecka przez normalnych ludzi. Normalni ludzie mają to do siebie, że nie są doskonali, popełniają błędy albo dokonują wyborów, które z perspektywy czasu nie wydają się optymalne. A ponieważ nikt nie jest i nie może być doskonały, nie jest możliwe aby być doskonałym rodzicem, czy też – w kontekście książki Macierzyństwo – doskonałą mamą.
Tak więc, każdy z nas ma w sobie jakieś tam traumy z dzieciństwa, a dorastanie i dojrzewanie– w sensie stania się kompetentnym dorosłym, a nie w sensie fizycznego rośnięcia czy starzenia się – wymaga poradzenia sobie z tymi traumami, jakiekolwiek one są. Tu Marchiano zaznacza, że obwinianie kogoś innego o swoje problemy nie jest radzeniem sobie z niczym, ale przesuwaniem naszego cienia na kogoś innego, co, w oczywisty sposób nie rozwiązuje niczego.
Tak więc, jako matki, musimy, można powiedzieć, zaprzyjaźnić się z naszymi matkami, zwłaszcza jeśli to je winimy za jakieś tam traumy z dzieciństwa. Co łatwe nie jest, gdyż znalazłszy się nagle po drugiej stronie – nie po stronie dziecka, ale po stronie matki naszego dziecka – nagle okazuje się, że, że łagodność, miłość, ciepło czy zrozumienie nie są takie proste, jeśli się nie spało porządnie od miesięcy, nie miało wolnego dnia od urodzin dziecka, a to wciąż jest za mało, bo dziecko nieustannie czegoś się domaga. A kiedy kończy się cierpliwość, pojawia się gniew. Kiedy kończy się zrozumienie, pojawia się frustracja. I tak właśnie my – mamy – odkrywamy nasz cień i nierzadko dostrzegamy w sobie nasze własne matki. Odkrywamy te strony naszej osobowości, do których nie chcemy się przyznać. O których istnieniu nie chcemy nawet wiedzieć, bo do tej pory, aby utrzymać wizje tego, jak wspaniałe i nieskalane jesteśmy, przerzucałyśmy nasz cień na kogoś lub coś innego: na naszych rodziców, na społeczeństwo, czy na patriarchat.
Ale twarzą w twarz z naszym dzieckiem jedyne, co nam pozostaje to albo przyjąć nasz cień i go internalizować, albo przerzucić go na dziecko – czego, nasza miłość do dziecka nie pozwala nam zrobić. I to jest właśnie kulminacja podróży bohaterki. To jest ten moment, kiedy – to dodam od siebie, bo Marchiano nie wspomina Wojen Gwiezdnych – jak Luke Skywalker na planecie Dagobah, musimy się zmierzyć z samą sobą. Tyle że, o ile Luke Skywalker musiał zabić w sobie ciemną stronę mocy, o tyle my, mamy, musimy się z naszą ciemną strona zaprzyjaźnić, zaakceptować ją, aby w niej odnaleźć siłę, której potrzebujemy, aby stać się tą, którą musimy się stać.
Marchiano ilustruje tą integrację cienia na przykładzie irlandzkiej bajki o rogatych wiedźmach, które pewnego wieczora odwiedziły żonę i matkę, podczas gdy jej mąż i dzieci spały. Te rogate wiedźmy chciały zabić całą rodzinę tej kobiety, a jedynym sposobem, w jaki ta kobieta mogła temu zapobiec, to wykonać ich polecenia, które, jak to w bajkach, były niewykonalne, czyli np. przynieść wody z rzeki w sicie. Bohaterka bajki była całkowicie bezsilna i bezbronna wobec tych rogatych wiedźm. Poszła nad rzekę z sitem i tam zapłakała, bo oczywiście nie udało jej się napełnić sita wodą. I właśnie wtedy, kiedy była najbardziej bezbronna i bezsilna, zapłakana na brzegu rzeki, wtedy właśnie usłyszała głos, który zaoferował jej pomoc. Ten głos powiedział jej jak nabrać wody w sito i jak pozbyć się rogatych wiedźm. A jak już kobieta się tych wiedźm pozbyła, to ten głos powiedział jej jak upewnić się, żeby rogate wiedźmy nie wróciły – co, m.in. wymagało użycia rzeczy pozostawionych w jej domu przez rogate wiedźmy.
Marchiano nie pozostawia tu wątpliwości – w podróży bohaterki, na dnie studni, każda z nas spotyka nasze własne demony. Ale – znów, dodaję to od siebie – o ile w męskich bajkach, jak w Wojnach Gwiezdnych – bohaterowie jak Luke Skywalker, muszą zabić część siebie, żeby zdobyć skarb, ukryty w ich cieniu; o tyle w bajkach kobiecych, w bajkach o matkach, te skarby ukryte w cieniu są samym cieniem. Autorka odnosi się tu do archetypu morderczej matki, reprezentowanego w książce przez hinduską boginię Kali. W postaci matki bogini Kali daje życie i urodzaj. W postaci morderczej jest wychudzoną staruchą, która tańczy na zgliszczach w naszyjniku z ludzkich czaszek. To właśnie Kali jest cieniem, który my, matki, pragniemy pogrzebać a często nawet zabić, bo przecież matka musi być samym dobrem, miłością i życiem, bez najmniejszego śladu cienia Kali. Tyle że, ten cień, ten archetyp Kali jest nierozerwalną, niezbędną częścią bycia matką. Tu Marchiano odwołuje się do całkowicie nieskutecznych i szkodliwych wręcz trendów bezstresowego wychowania. Przekonuje, że dzieci potrzebują granic, potrzebują wiedzieć, że są rzeczy ważniejsze niż zachcianki czy widzimisię dzieci. Społeczeństwo, w którym każdy ma nieograniczoną wolność, to nie społeczeństwo ale oparta na przemocy anarchia. Każdy z nas musi nauczyć się kontrolować swoje instynkty, zachcianki i złość. I do tego właśnie matki potrzebują cienia Kali. Matki muszą potrafić powiedzieć „nie”: „nie, nie możesz mnie bić”, „nie możesz na mnie krzyczeć”, „nie, nie dostaniesz tej zabawki”. I muszą umieć powiedzieć to „nie” w sposób, w który nie pozostawia wątpliwości, że to „nie” jest kategorycznym, nieodwołalnym „nie”. Do tego właśnie służy matkom cień Kali. Dlatego właśnie tego cienia, tej mrocznej części nas, nie możemy zabić. Musimy ją zrozumieć i przyjąć jako część nas, bo to ta właśnie mroczna część da nam siłę, aby ochronić nasze dzieci od mroku, który jest częścią zarówno ich, jak i naszej psychologii.
To, co absolutnie uwielbiam w książce Marchiano, to to, jak pięknie opowiada ona o sile i sprawczości kobiet, nie przeprowadzając jednoznacznego porównania z mężczyznami – co, nie ukrywam, również jest miłą odmianą po durnej feministycznej propagandzie – niemniej nie pozostawiając wątpliwości, że istnieje głęboka różnica pomiędzy tymi cechami u mężczyzn i u kobiet, a zwłaszcza u matek. O ile, jak każdy wie, w bajkach bardziej męskich, typowym motywem jest zabijanie smoka czy ratowanie królestwa, o tyle w bajkach kobiecych chodzi o akceptację siebie i odnalezienie siły we własnej słabości. Bohaterki bajek, podobnie jak pacjentki Marchiano, zmagają się z narzucanymi im współczesnymi stereotypami silnych kobiet, w pełni kontrolujących każdy aspekt swojego życia, przyjmujących sterylne, wychuchane persony, albo, z drugiej strony, z pozbawioną indywidualizacji nieograniczoną niczym wolnością od jakiegokolwiek wyboru.
Jedna z opisanych w książce pacjentek, starsza pani o imieniu Rachel, pochodziła z małego miasteczka, z którego wyrwała się dzięki niepospolitej urodzie. Została modelką i w bardzo młodym wieku wylądowała na salonach nowojorskich celebrytów, gdzie spotkała dużo starszego od siebie, bogatego męża. Po ślubie zaszła w ciążę, ale – jak wspomniane wcześniej selkie – nie potrafiła odnaleźć się w macierzyństwie. Balowała dalej, bo, wiecie, wolność i swoboda, a dzieci wychowywały opiekunki. Od tego balowania Rachel popadła w alkoholizm, mąż ją zostawił i zabrał ze sobą dzieci. W końcu Rachel przestała pić – kiedy znalazła się na dnie studni przepitego – ale za to, wicie, pełnego wolności – życia. Dowiedziała się, że jest babcią i, chcąc odbudować relacje z dziećmi i zbudować relacje z wnukami, musiała na dnie tej studni spotkać się i pogodzić cieniem, który usiłowała utopić w alkoholu przez większość swojego życia.
W przypadku tej Rachel, Marchiano tłumaczy, że nierzadkie jest, że młoda, piękna kobieta uczy się, że jej jedyną walutą jest jej uroda. To sprawia, że trudniej jest dorosnąć, dojrzeć – znów w sensie stawania się dorosłym, a nie starzenia, bo naturą urody jako waluty, jest to, że uroda mówi sama za siebie. Można powiedzieć, że w pewnym sensie, uroda, zwłaszcza niepospolita, odbiera kobiecie głos. Jedyne, co taka piękna kobieta musi robić, to wyglądać ładnie, co z kolei czyni ją kobietą-selkie: taką, która nie wie, kim jest i nie wie czego chce, bo jedyne, co musi, to być atrakcyjna, co jest, można powiedzieć, jej naturą. Tyle że, życie to nie bajka. Każda uroda przemija a stara i pomarszczona selkie raczej sobie ani w morzu, ani na lądzie nie poradzi.
Najważniejszym motywem, który przewija się przez książkę, jest nieprawdopodobna transformacyjna moc macierzyństwa. Na przykładzie bajek i swoich pacjentek, autorka pokazuje, że każda kobieta jest podatna na tę moc, choć dla wielu z nas transformacja ta może być trudna, bolesna czy też nawet niepożądana. Ale pomimo tego trudu i bólu, a nawet pomimo niechcianej ciąży – która w książce Motherhood również się pojawia – podróż bohaterki-mamy jest warta spotkania z każdą jedną czarownicą i inną przeszkodą na drodze. Bo to, co znajdujemy na końcu naszej bohaterskiej podróży to pełne, dojrzałe zrozumienie siebie, pełną, dojrzałą miłość do dziecka i tym samym – miłość dla nas samych.
Marchciano – trochę jak Jordan Peterson – sygnalizuje, że bycie mamą, jest w pewien sposób skazane na porażkę, bo każda dobra mama, można powiedzieć, straci swoje dziecko. Każde dziecko dorasta, buduje własne życie i uniezależnia się od mamy – i o to właśnie chodzi w spełnionym macierzyństwie. Ale, spełnione macierzyństwo to nie utrata dziecka – kiedy to dziecko dorośnie – ale zyskanie samej siebie. Poznanie wszystkich aspektów siebie. Zejście na dno studni, negocjacje z czarownicą, poznanie łez, strachu, bezsilności i zaakceptowanie słabości, naszego cienia, jako tego, co pozwala nam przetrwać najtrudniejsze chwile, uczyć się z nic i rosnąć, dorastać aż w końcu, jak stara czarownica na dnie studni, staniemy się dojrzałymi, mądrymi władczyniami naszego królestwa.
Więc, drogie słuchaczki, macierzyństwo wymiata i o tym właśnie mówi książka Motherhood autorstwa Lisy Marchiano. Z którą to książką zgadzam się całkowicie, a raczej wiem o czym mówię, bo jestem mamą niemal 21 letniej córki i absolutnie potwierdzam, że bez siły, którą dało mi bycie mamą, nie osiągnęłabym w życiu nawet ¼ tego, co osiągnęłam. Wiem, że wszędzie słyszycie, że bycie mamą to zagrożenie życia, oddanie wolności, przymus patriarchatu czy też inne brednie, tworzone nierzadko przez zagubione kobiety-selkie dla zagubionych kobiet-selkie, i motywowane niemożnością dokonania wyboru, strachu przed indywidualizacją i dorosłością. A jak mi nie wierzycie, to zapytajcie każdej spełnionej mamy, która powie wam, bez wyjątku, że pełna życia bliska znajomość z czarownicą na dnie studni jest warta milion razy więcej niż wieczna potencjalność zakutana w skórę foki.
I to tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że metafizyczność dzisiejszego odcinka nie zniechęciła was za bardzo do prac psychoanalityków, gdyż za dwa tygodnie planuję streścić książkę innego psychoanalityka, Markusa Evansa, traktującą o tożsamości i micie jako mechanizmach tworzenia tożsamości płciowej.
A na razie, dziękuje za uwagę i do usłyszenia za dwa tygodnie,
dziękuję.












